Tonę w ciemności na chwiejących nogach. Czuję ścisk w klatce
piersiowej i mocne bicie serca. Oddech przyspiesza, a ręce dygoczą z zimna.
Otępiałym wzrokiem spoglądam na latarnie przede mną. Teraz przypominają
czarno-biały kalejdoskop. Agresywne światła przebijały się przez moje wrażliwe
tęczówki, tym samym barwiąc czerwienią gałki oczne. Zamykam powieki, lecz nadal
czuję agresywne, uliczne światło. Idę na wprost latarni. Nie wiem czemu, nie mogę
się zatrzymać. Słabnę, a nogi uginają mi się w kolanach. Ostatkami sił próbuję
postawić następny krok, lecz padam na asfalt. Czuję się jakby ktoś usiadł mi na
plecach i jak na złość blokował moje wszystkie ruchy. To paskudne uczucie,
które nie chce mnie opuścić. Mam wrażenie, że jestem małym robakiem, który nic
nie znaczy wśród miliardów identycznych owadów. Jakby to czy umrę nie miało
całkowicie znaczenia. Po prostu jedna, nic nie znacząca istota mniej. Gdybym
jednak coś znaczył nie szedłbym właśnie tą uliczką. Drogą śmierci, usypaną
tysiącem różnych tabletek. Ścieżka cierpienia, krwi cieknącej z mojego ciała,
której sam pozwalam by swobodnie płynęła. Leżąc na zimnym pokrytym lodem
asfaltowym pasie, właśnie o tym myślę. O robakach, kalejdoskopach i krwi
wypływającej z nadgarstka mojej lewej ręki. Powoli opuszczała moje ciało.
Kropla po kropli. Tak jakby chciała ode mnie uciec. Nawet ona nie chce mi pomóc
się podnieść. Mimo iż leżę na środku ulicy, nikt na mnie nie spojrzy. Nikt się
mną nie zainteresuje i nie pomyśli „Co za idiota leży na środku jezdni?” . Nikt
nie wezwie karetki, ani nie zapyta czy wszystko w porządku. Ludzie to jednak
skończeni egoiści. Ja również taki jestem. Nie myślę o niczym innym jak
odebraniu sobie życia. Za to ludzie wokół mnie są egoistami, bo nawet nie
reagują. Idą sobie wesoło w gronie rodzin ciesząc się świętami. Nie rozumiem
tych katolickich zwyczajów. Przecież 24 grudnia to zwykły dzień (przynajmniej
dla ludzi mojego pokroju). Nigdy nie wierzyłem w dwutysięcznegoletniego boga,
który chodził po wodzie, zamieniał wino w krew, a po trzech dniach zwiał z
kamiennej groty. Z resztą 24 grudnia każdy staje się katolikiem. Nawet
gimnazjaliści uparcie twierdzący, że są ateistami, cieszą się jak dzieci z
prezentów pod wigilijnym drzewkiem. Nowy iPhone, laptop czy inne nowinki
elektroniczne „niezbędne do życia”. Ech, świat schodzi na psy. Może to i
lepiej, że właśnie teraz pragnę go opuścić.
Czuję, potworny
ból w sercu. Rozdziera moje organy na miliony kawałeczków. Czy właśnie tak się
umiera? Właśnie tak opuszcza się ten świat? Jeżeli tak, to jestem szczęśliwy.
Może i głupi, ale szczęśliwy, że w końcu nie będę się męczył z tymi gnojami w
szkole i na podwórku. Pewnie będą się cieszyli, że ta sierota Frank w końcu
zejdzie z tego świata, choć z drugiej strony nie będą mieli kogo gnębić. Z
resztą, pewnie nawet nie zauważą mojej nieobecności. Jestem tylko robakiem
wśród milionów innych.
Powoli odzyskuję
siły. Udaje mi się stanąć o własnych nogach. Powoli i niepewnie stawiam
pierwsze kroki. Boję się ponownego upadku. Nie chciałbym tak żałośnie skończyć
leżąc na ulicy. Wchodzę na chodnik i staram się odzyskać równowagę. Wystawiam
ręce imitując skrzydła samolotu, bądź baletnicę i stawiam przed siebie na
przemian lewą i prawą stopę. Balansuję na krawędzi. Wiem, że jeżeli
nieszczęśliwie się przewrócę, mogę już nie wstać. Mimo iż, pragnę tego z całego
serca, boję się śmierci. W końcu nie mam pewności co mnie czeka i gdzie trafię.
Czy istnieje piekło i niebo? A może dusze błąkają się po ziemi. Może egzystują
w ciemnościach i głuchej ciszy już na wieczność? Mam nadzieję, że to miejsce
jest lepsze niż moje obecne życie. Nie ma tam bólu i cierpienia. Nie ma tam
właściwie nic, ale ja boję się nicości. Boję się zostać sam na dosłownie
chwilę. Boję się sam siebie. Nie umiem zachować kontroli i szybko chwytam ostre
narzędzie, ozdabiając swe ciało nowymi pamiątkami. Właśnie tak się dzieje po
powrocie ze szkoły, gdy moja matka pracuje do późnych godzin, by wyżywić mnie i
moją siostrę. Ona jest już pełnoletnia, więc pomaga matce finansowo, ale to i
tak nie wystarcza. Zawsze na coś brakuje. To na jedzenie, na ubrania, na mydło.
Na cokolwiek. Do tego komornicy czyhają na każdym kroku. Boję się, że pewnego
dnia nie będę miał dokąd wrócić, więc może to i lepiej, że umieram. Nie będę
się musiał przejmować przyziemnymi rzeczami. Wygodne jest bycie martwym.
Znowu mam
kalejdoskop przed oczami. Idę jak na oślep, mając na dzieję, że nie wpadnę na
jakiegoś człowieka. Przed oczami migają mi różne obrazy. Trójkąty, kwadraty. Czarno
biały kalejdoskop zdarzeń. Obrazy nie ustają. Schizy nasilają się. Próbują
zawładnąć moim umysłem przybierając to coraz dziwniejsze formy i kształty.
Jedna z nich przypomina człowieka. Kogoś kogo bardzo dobrze znam, lecz nie mogę
sobie przypomnieć kim jest ta postać. Ma na sobie koszulkę, rozpiętą marynarkę,
dżinsy i trampki. Kruczoczarne włosy i zielone oczy ładnie ze sobą
kontrastowały. Na szyi miał szalik, bądź chustę pasującą do pozostałych części
garderoby. Wyglądał jak bogaty nastolatek, którego rodzice porzucali w
dzieciństwie na całe dnie, przekupując drogimi prezentami. W jego oczach było
widać smutek i samotność. Miałem ochotę pobiec do niego by jakkolwiek go
pocieszyć. Powiedzieć, że będzie dobrze i nie jest sam.
Pytam go jak
ma na imię, lecz on nie odpowiada. Wbija we mnie swe nadal smutne oczęta i
wkłada ręce do kieszeni. Głowę chowa w szal i zamyka oczy. Czuję, że się ode
mnie oddala. Szybko wyciągam rękę, ale nie mogę go dotknąć. Kiedy tylko
poruszam się do przodu, on się cofa. Krzyczę, wołam, ale on nie reaguje. Czuję
się coraz słabiej i padam na ziemię. Tym razem nie mam sił by się podnieść.
Nagle chłopak
otwiera oczy i rozchyla wargi. Widzę jak z jego ust wylatuje ciepłe powietrze
na tle mroźnej scenerii. Spogląda na mnie i cicho odpowiada: „Jestem trucizną.”
___________________________________________________________
Z tej strony Frankie Way, otóż założyłam nowego bloga. Cóż, pewnie nikt o mnie nie pamięta i wiem, że już dodawałam ten post na starym blogu, ale teraz wracam do pisania i mam nadzieję, że będziecie czytać.

ojeżuojeżuojeżuojeżu jakie to cuudne <3
OdpowiedzUsuń